Dystans:153.69 km
Teren:120.00 km
Czas:07:33 h
AVS:20.36 km/h
V max:50.88 km/h
Temperatura:25.0
HR max:187 ( 99%)
HR avg:159 ( 84%)
Podjazdy:- m
Kalorie: 8500 (kcal)
Rower:Poison Zyankali
Sobota, 27 czerwca 2009 | Komentarze 3
Bikeorient 2009
Kategoria: 100-200km, łódzkie, Poison Zyankali, Rajdy na orientację, Ze zdjęciami, Zloty BS
Dokładnie rok temu na BikeOrient zadebiutowałem w zawodach rowerowych. Bardzo mile wspominam tę imprezę, więc gdy tylko pojawił się tegoroczny termin to bez chwili zastanowienia usunąłem z kalendarza startów maraton Mazovii w Lublinie. Poza fajną imprezę jest to przy okazji spotkanie sporej grupy bikestatowiczów. Trasa w tym roku dłuższa i ponoć trudniejsza. W zeszłym roku było sporo asfaltów. Rok temu mimo debiutu i nawigacyjnie dołożenia sobie 20km względem optymalnej trasy zająłem 19 miejsce. Całkiem niezłe. Ale na ten rok plany są ambitniejsze – więcej doświadczenia powinno zaowocować. Tydzień temu na poprzednich zawodach Pucharu Polski zajęliśmy 2 (Tomek) i 3 (ja) miejsce, ale nie liczę na powtórkę. Wtedy zabrakło całej czołówki, no poza Pawłem, ale On złapał kontuzję. Teraz pierwsza „dycha” to będzie dobry wynik. Najważniejsze żeby zaliczyć wszystkie punkty w limicie czasu i nie popełnić idiotycznych gaf nawigacyjnych.
W tym roku nie zagapiłem się i otrzymałem jedyny właściwy numer : )

Rano niespodzianka – zamiast parnej pogody ulewa. Ale w końcu na maratonie Skandii się dowiedziałem od spikera że „Dla kolarzy istnieją dwa rodzaje pogody – dobra i bardzo dobra”. Dziś jest ta dobra więc trzeba jechać. Ale skoro pada to zostawiam aparat w pokoju. Do końca nie było pewne czy pojedziemy z tomalosem razem – Tomek ma czas do 17:00 więc pewne jest, że całej trasy nie zrobi. Ostatecznie ruszamy razem. Plan zdobywania punktów co do pierwszego etapu mamy zbieżny – jedyna wątpliwość to kiedy zaliczyć PK5, ale w końcu zgadzamy się i co do tego punktu.
PK9 – teren poszukiwań węgla brunatnego.
Z lekkim 10minutowym poślizgiem ruszamy na trasę. W stronę PK9 jedzie przed nami kilkanaście osób, ale już po chwili wszystkich wyprzedziliśmy. W miejscu gdzie jest możliwie skrócenie trasy lecimy przez las. Gdy docieramy w okolice punktu okazuje się, że nie wszystkich wyprzedziliśmy – pod drzewem stoi już Biała Błyskawica, czy ostrzak flasha. Wariat z Niego ;) Ostatnie metry poszukiwań bez rowerów bo ciężko jechać. Jest – sprawnie poszło.
PK7 – koniec drogi.
Oglądając mapę na starcie zgodnie stwierdziliśmy, że ten punkt trzeba zaliczyć od północy – żeby nie wpakować się w torfowiska. I pewnie byśmy tak zrobili gdyby nie moje oczy. Zobaczyłem drogę na mapie, ale podczas jazdy nie rozróżniam kolorów ;) i droga okazała się strumykiem. Pierwsza kąpiel, a potem ok. 100m chlup-chlup po torfowisku. Tomek znajduje punkt – szkoda tych paru minut na głupie chodzenie. Mogliśmy wrócić do drogi od razu – ale my tak często mamy – szkoda czasu na wracanie … 200 metrów.
PK4 – prawy brzeg strumienia.
Oczywiście jedziemy w jego kierunku od jego lewego brzegu, ale wodę już do butów nabraliśmy więc to bez znaczenia. Po drodze z naprzeciwka nadjeżdża kita, który wybrał odwrotny wariant zdobywania PK4 i PK7. Punkt po drugiej stronie więc przeprawa po „mostku” z gałęzi i krzaków. Nogi podrapane, pokłute i mokre. Oczywiście jeszcze moje ulubione pokrzywy.
PK2 – wał wydmowy przy ścieżce
Po lekkim ale krótkotrwałym błądzeniu we wsi znajdujmy ścieżkę i kierujemy się na kolejny PK. Na jednej z przecinek z boku nadjeżdża grupka z kitą. Grupka w prawo, my prosto. Kita się waha ale jedzie na nami. Zajeżdżamy trochę za daleko, ale po analizie mapy i przeczytaniu opisu cofamy i jest wał. Grupka też już to dotarła i razem odbijamy karty.
PK6 – prawy brzeg Pilicy.
Skoro prawy brzeg to oczywiste, że my dojedziemy nad lewy brzeg :D Tomek jedzie przodem, a my z kitą za Nim. Ale cały czas jest kilkanaście/kilkadziesiąt metrów przed nami. Ma dziś mocniejszą nogę ode mnie. Ciężko będzie razem ten pierwszy etap przejechać. Przy PK znowu się rozpędziliśmy o 400m za daleko, ale nawrotka i Pilica wita nas po raz pierwszy.

Można się przeprawić krypą, ale większość to ignoruje i robi sobie mokry spacer w głębokiej na metr rzece.
PK5 – kępa drzew w kształcie okręgu.
Opis tego punktu przeczytałem po raz pierwszy opisując teraz wycieczkę :D Podróż z PK6 na PK5 to pilnowanie żeby nie zginął nam z widoku Tomek. Czyżby tak kręcił bo chce do 17:00 zrobić całą trasę? Nie zastanawiałem się czy dobrze jedzie, nie sprawdzałem z mapą. W końcu to mój partner. Zresztą Jego wczorajsza koszulka mówi wszystko ;) (TRUST ME)

PK10 – skrzyżowanie dróg.
Odległość z PK5 na PK10 to około 1km w linii prostej. Jaka fajna i łatwa ta jazda na orientację – co chwilę zdobywa się punkt. Poza tym że kilka malutkich utrudnień na tym kilometrowym odcinku. Pierwszy to rzeka Pilica – ale rower nad głowę i kilkadziesiąt metrów przeprawy z zamoczonym pępkiem ;)
Zdjęcie by Pawłowski Karol vel owca

Kolejny problem to mnogość dróg i brak pewności na którą się po przeprawie wjechało. Ale skoro jest nas trzech to pojechaliśmy w 3 strony świata. Kita znalazł i kolejny punkt na karcie odbity.
PK8 – szczyt wzniesienia.
O piachu jakoś jeszcze nie wspomniałem, ale nie brakowało go na trasie. Nie wspominałem bo jakoś mi specjalnie nie przeszkadzał. W końcu jak się na co dzień jeździ po Kampinoskim Parku Narodowym to piach zaczyna się traktować jak normalną nawierzchnię :D Ale teraz już pora o nim wspomnieć bo zabrałem do plecaka za mało sił z bazy i zaczęły się problemy. Problemy na tyle duże, że już po chwili nie zauważyłem gdzie pojechał Tomek. Wybrałem jedną z dróg kierując się na azymut. Do Tomka nawet nie dzwoniłem – bez sensu jechać razem gdy siły nie równe. Za mną pojechał kita. Ciężkawo ale dowlekliśmy się w okolice PK. Gdy zaczynałem się zastanawiać w którą dróżkę skręcić z górki zjechał… tomalos z hasłem „Tam nie ma”. Więc znów wspólnie zaliczymy kolejny punkt.
PK3 – Diabla Góra – pomnik.
Nazwa brzmi niepokojąco. Ale nie przyjechaliśmy tu się niepokoić czy też płakać :D tylko zdobywać punkty. Początek prowadzi Tomek, końcówkę prowadzę ja i bez problem podjeżdżamy na górę gdzie punktu pilnuje Wiki. Tym razem Wiki nie jako uczestnik a jako organizator. A swoją drogą ciekawe czemu na górze o takiej nawie akurat Jego postawili ;)
PK1 – gosp. agroturystyczne – lewy brzeg Pilicy.
Pilica. No tak. Nie muszę pisać z której strony rzeki my się znajdujemy? Jakby ktoś jednak sam na to nie wpadł to podpowiem – nie na lewym :D Trasa na ten punkt banalnie prosta – prosto, potem prosto, na następnym skrzyżowaniu prosto. Tuż przed przeprawą mała przerwa na batony. Ja mam już słabszy moment chwilowo za sobą, ale widzę, że Tomek lekko się zmęczył. Tym razem przeprawa wydaje się „sucha” – ledwo do ud, pod koniec poniżej kolan. No i ostatnie dwa metry – znowu pępek ;) mokry. Dojazd do asfaltu przez otwarte bramy gospodarstwa, którego właściciel jest jednym ze sponsorów imprezy. Końcówka szybko na zmiany asfaltem i jesteśmy w bazie.
Tomek stwierdza, że nie zdąży już do 17:00 zbyt wielu punktów zaliczyć, więc kończy udział w zawodach. Dzięki temu wygrywa zawody na trasie krótkiej :) Na drugi etap wybiera się jeszcze , ale już bez odbijania karty, z moim chrześniakiem Igorkiem. Igorek potem mi zdradził, że Tomek strasznie zamulał :D
Na półmetku w bazie spotykamy też Piotrka, zwycięzcę zeszłorocznego BikeOrient i całej zeszłorocznej edycji Pucharu Polski. Trochę zaskoczony tym jestem, ale to znaczy, że mimo słabszej dziś nogi jest przyzwoicie. Analiza mapy i mały problem. Przeprawić się przez Pilicę można albo mostem w Przedborzu albo brodem w okolicach PK19. Kiepsko to wygląda. Jak optymalnie zdobyć PK18? Wymyślam koncepcję dojazdu tam asfaltem od Przedborza – koncepcja w pełni świadoma. Ech, gdybym wtedy otworzył oczy. A właściwie gdybym wtedy choć trochę logicznie pomyślał. Pewnie zasugerowałem się tym że PK12 jest bardziej na wschód od bazy niż PK19 więc „oczywistym” jest że muszę najpierw zaliczyć PK19 a potem PK12.
PK19 – grodzisko.
Kita dalej jedzie ze mną. Pewnie jak się nic nie wydarzy to pojedziemy razem do końca. Z bazy wyjeżdżam z dużym zapałem, ale nogom o tym zapomniałem powiedzieć. Na szczęście za Krzyśkiem przetrzymuję początek. Kita tak się rozpędził, że przy PK musiałem Go powstrzymać żeby nie pojechał za daleko. Punkt umieszczony złośliwie ;) – trzeba się było przedzierać przez krzaczory. Tzn my taki wariant wybraliśmy obchodząc górkę. Jakbyśmy poszli w drugą stronę byłoby bez krzaczorów.
PK12 – skarpa nad Pilicą, koniec przecinki.
Nawigacyjnie bardzo łatwy punkt. Tuż po nas przyjechał Piotr Buciak. Dziwne po raz pierwszy, bo przecież wyjechał z bazy na drugą część przed nami. Stwierdził, że to trzeci Jego punkt. Dziwne po raz drugi – po co jechał na początek na PK6? Jako pewnik przyjąłem że na ten punkt dojeżdża się od PK19. Szkoda, że się wtedy nie zastanowiłem na tym bardziej – przecież Piotrek aż takich głupich błędów na pewno nie robi. Choć nawet jakbym się wtedy połapał jaki błąd zrobiliśmy to i tak już było za późno pewnie.
PK18 – szczyt wzniesienia.
Z punktu ruszamy w czterech. Do Przedborza jedziemy razem. Na rondzie za Pilicą Piotrek skręca w prawo w kierunku PK11. Dziwne po raz trzeci. Przecież to bez sensu – kiedy On chce zrobić PK18? Za nami jedzie kawałek jeszcze jedna osoba, ale gdy się połapała, że to droga na PK18 to zawróciła. Dziwne po raz czwarty. Przecież to bez sensu – kiedy On chce zrobić PK18? Więc już samotnie główną drogę jedziemy, niby szybko, ale mam wrażenia, że to szybko jest bez znaczenia, że to są zbędne kilometry. Coś poszło nie tak. Przeczucie w bazie, że jest problem z PK18 wymagał pewnie jeszcze jednego trzeźwego spojrzenia na mapę. Ale trudno – mleko się rozlało i teraz trzeba już do końca realizować plan. W okolicach punktu porzucamy rowery i pieszo docieramy aby odbić karty.
PK15 – koniec przecinki.
Na PK15 może nie najkrótszą, ale najpewniejszą i pewnie czasowo porównywalną drogą. Prawie bez problemów zdobyty punkt. Głupi błąd 300metrów od PK kosztował nasz 200m przedzierania się przez krzaki. Nie wiem jak to się stało, chyba już ze zmęczenia. Na mapie wszystko było jasne i pora zapamiętać na przyszłość że 100m = 100m a nie że 100m = 300m.
PK13 – dawny szyb solny, koniec ścieżki.
Analiza mapy, wybór optymalnej trasy i jedziemy dalej. Po 800m koniec ścieżki i nie ma drogi, która jest na mapie. Więc na azymut przez las, pole, gospodarstwo. Następny ok. 2,5km odcinek był najgorszy, noga obraziła się na piach i bardziej siłą woli niż siłą mięśni kręciłem. Ale dalej już lekko z górki więc samopoczucie się poprawiło. Na mapie wyglądało pięknie i łatwo. Wszystko się zgadza. Poza jednym – brak punktu. Gdy już pewnie z 20 minut szukamy i dołącza kolejna osoba jeszcze raz analiza mapy. Czy ja napisałem przed chwilą „wszystko się zgadza”? To chochlik redakcyjny – miało być „Nic się nie zgadza”. Leśniczówka nie z tej strony, polana nie z tej strony, ukształtowanie terenu też nie takie, ba nawet strona świata nie ta. Cofam, mijam leśniczówkę po lewej, ukształtowanie też ok., strona świata też ok. Ale co dalej? Dalej kolejne 20minut na łażenie po krzakach i ścieżkach. W końcu się udało – całkiem nie daleko od rowerów. Wrrr, zły na siebie. To maraton na orientację – trzeba czytać mapę a nie jechać tą drogą która jest najładniejsza.
PK17 – kładka na Pilicy.
Na kolejny punkt na szczęście już bez problemów i straty czasu. No chyba że strata czasu to sjesta popołudniowa :D Ścieżka prowadząca nad Pilicę prowadziła między gospodarstwami i była zamknięta szlabanem, ale Kargul i Pawlak rozmawiający przez płot wcale nie byli zaskoczeni kolejnymi brudnymi rowerzystami. Do kładki miałem ograniczone zaufanie. Co prawda ponad 1/4 z moich 120kg to już historia, a i tak jakoś się dziwnie niektóre deski uginały.
PK11 – szczyt wzniesienia.
Jadąc na PK11 w ostatnich chwili zmieniamy drogę ze względu na piach i trafiamy na lepszą ale ślepą :D Przez pola do lasu i wylatujemy tuż przy PK11. Podjazd po trawie i jeszcze tylko 2 punkty i meta.
PK14 – skrzyżowanie przecinki ze strumykiem.
Im bliżej końca tym łatwiejsze te punkty. Ale za to pojawił się większy problem. Prawe kolano. Zaczyna boleć przy mocniejszych naciśnięciach. Asfaltem jedziemy szybko. Pewnie dlatego, że już myślami jesteśmy przy ognisku i jemy kiełbaskę :D Z głównej w las, ścieżka w lewo i lądujemy na punkcie. Trzeba się śpieszyć bo z nami jechał przed chwilą jeszcze jeden zawodnik. Ale chyba trochę pobłądził bo mijaliśmy się już wracając z punktu.
PK16 –dawny kamieniołom piaskowca.
Ostatni punkt to powinna być formalność. W końcu 100m od tego miejsca rano już jechaliśmy. Ręczno, w lewo, las, w prawo, w lewo, punkt, karta zapełniona. Powrót z górki. Na metę wjeżdżamy ok. 19 czyli prawie 10 godzin. Karty oddajemy jednocześnie.
Wygrał Piotrek Buciak przyjeżdżając ok. 1,5h wcześniej. Auć, boli. Na półmetku równo – z tym że my pojechaliśmy krótszą o 10km trasą. Drugą część trasy pojechaliśmy o 10km dłużej od Niego. 10km to 30 minut. A gdzie dodatkowa zgubiona godzina? Czyżby PK13 nam tyle czasu zabrało? Pewnie też, a do tego nie było już z czego kręcić, więc prędkość na drugiej części była niższa.
Nie wiem które miejsce zajęliśmy. Chwilę po naszym przyjeździe ktoś mówił, że już 12 osób z kompletem przyjechało na metę.
Cel po części zrealizowany – wszystkie punkty zaliczone w limicie czasu. Fajna trasa, super przygoda. Miejsce poza zakładaną dziesiątką. Forma dziś nie dopisała, ale na to nie ma co narzekać – 300km na Grassorze może jeszcze dawać się we znaki. Za to na pewno można się czepiać nawigacji – na pierwszym etapie bez zastrzeżeń, drobne błędy typu torfowisko do „łyknięcia”. Za to drugi etap – klapa na samym początku jeszcze w bazie. Może to chęć zbyt szybkiego wyruszenia na trasę? Ale to nie maraton MTB po oznakowanej trasie – trzeba myśleć. No i ten nieszczęsny PK13.
Ale nie ma co narzekać – kolejne punkty PP zdobyte. Każdy błąd na zawodach to kolejne doświadczenie, które pozwoli zminimalizować pomyłki w przyszłości. Zminimalizować a nie wyeliminować :D
Kąpiel, bigos i rozdanie nagród. Nagród dużo, praktycznie każdy coś wylosował lub dostał. Igorek wygrał konkurencję „Najmłodszy zawodnik”. Tradycyjnie już nie daliśmy najmniejszych szans innym w kategorii „Najliczniejszy team”.
Poza nagrodą z losowania, nagrodą za najliczniejszy team dostałem jeszcze nagrodę za relację :D Co prawda nie z BO ale z WaypointRace którą Adam przywiózł mi osobiście.
Zakończenie maratonu, rozdanie nagród. Koniec imprezy i do domu. Nieee. Do domu to po normalnej imprezie. Po BO jeszcze ognisko i pieczenie kiełbaski. Super organizacja – jestem tu drugi raz i już teraz wiem, że za rok też przyjadę.
PS. Skoro tak wychwaliłem imprezę i organizatorów to powinni teraz nagrodzić moją relację ;)
W tym roku nie zagapiłem się i otrzymałem jedyny właściwy numer : )

Rano niespodzianka – zamiast parnej pogody ulewa. Ale w końcu na maratonie Skandii się dowiedziałem od spikera że „Dla kolarzy istnieją dwa rodzaje pogody – dobra i bardzo dobra”. Dziś jest ta dobra więc trzeba jechać. Ale skoro pada to zostawiam aparat w pokoju. Do końca nie było pewne czy pojedziemy z tomalosem razem – Tomek ma czas do 17:00 więc pewne jest, że całej trasy nie zrobi. Ostatecznie ruszamy razem. Plan zdobywania punktów co do pierwszego etapu mamy zbieżny – jedyna wątpliwość to kiedy zaliczyć PK5, ale w końcu zgadzamy się i co do tego punktu.
PK9 – teren poszukiwań węgla brunatnego.
Z lekkim 10minutowym poślizgiem ruszamy na trasę. W stronę PK9 jedzie przed nami kilkanaście osób, ale już po chwili wszystkich wyprzedziliśmy. W miejscu gdzie jest możliwie skrócenie trasy lecimy przez las. Gdy docieramy w okolice punktu okazuje się, że nie wszystkich wyprzedziliśmy – pod drzewem stoi już Biała Błyskawica, czy ostrzak flasha. Wariat z Niego ;) Ostatnie metry poszukiwań bez rowerów bo ciężko jechać. Jest – sprawnie poszło.
PK7 – koniec drogi.
Oglądając mapę na starcie zgodnie stwierdziliśmy, że ten punkt trzeba zaliczyć od północy – żeby nie wpakować się w torfowiska. I pewnie byśmy tak zrobili gdyby nie moje oczy. Zobaczyłem drogę na mapie, ale podczas jazdy nie rozróżniam kolorów ;) i droga okazała się strumykiem. Pierwsza kąpiel, a potem ok. 100m chlup-chlup po torfowisku. Tomek znajduje punkt – szkoda tych paru minut na głupie chodzenie. Mogliśmy wrócić do drogi od razu – ale my tak często mamy – szkoda czasu na wracanie … 200 metrów.
PK4 – prawy brzeg strumienia.
Oczywiście jedziemy w jego kierunku od jego lewego brzegu, ale wodę już do butów nabraliśmy więc to bez znaczenia. Po drodze z naprzeciwka nadjeżdża kita, który wybrał odwrotny wariant zdobywania PK4 i PK7. Punkt po drugiej stronie więc przeprawa po „mostku” z gałęzi i krzaków. Nogi podrapane, pokłute i mokre. Oczywiście jeszcze moje ulubione pokrzywy.
PK2 – wał wydmowy przy ścieżce
Po lekkim ale krótkotrwałym błądzeniu we wsi znajdujmy ścieżkę i kierujemy się na kolejny PK. Na jednej z przecinek z boku nadjeżdża grupka z kitą. Grupka w prawo, my prosto. Kita się waha ale jedzie na nami. Zajeżdżamy trochę za daleko, ale po analizie mapy i przeczytaniu opisu cofamy i jest wał. Grupka też już to dotarła i razem odbijamy karty.
PK6 – prawy brzeg Pilicy.
Skoro prawy brzeg to oczywiste, że my dojedziemy nad lewy brzeg :D Tomek jedzie przodem, a my z kitą za Nim. Ale cały czas jest kilkanaście/kilkadziesiąt metrów przed nami. Ma dziś mocniejszą nogę ode mnie. Ciężko będzie razem ten pierwszy etap przejechać. Przy PK znowu się rozpędziliśmy o 400m za daleko, ale nawrotka i Pilica wita nas po raz pierwszy.

Można się przeprawić krypą, ale większość to ignoruje i robi sobie mokry spacer w głębokiej na metr rzece.
PK5 – kępa drzew w kształcie okręgu.
Opis tego punktu przeczytałem po raz pierwszy opisując teraz wycieczkę :D Podróż z PK6 na PK5 to pilnowanie żeby nie zginął nam z widoku Tomek. Czyżby tak kręcił bo chce do 17:00 zrobić całą trasę? Nie zastanawiałem się czy dobrze jedzie, nie sprawdzałem z mapą. W końcu to mój partner. Zresztą Jego wczorajsza koszulka mówi wszystko ;) (TRUST ME)

PK10 – skrzyżowanie dróg.
Odległość z PK5 na PK10 to około 1km w linii prostej. Jaka fajna i łatwa ta jazda na orientację – co chwilę zdobywa się punkt. Poza tym że kilka malutkich utrudnień na tym kilometrowym odcinku. Pierwszy to rzeka Pilica – ale rower nad głowę i kilkadziesiąt metrów przeprawy z zamoczonym pępkiem ;)
Zdjęcie by Pawłowski Karol vel owca

Kolejny problem to mnogość dróg i brak pewności na którą się po przeprawie wjechało. Ale skoro jest nas trzech to pojechaliśmy w 3 strony świata. Kita znalazł i kolejny punkt na karcie odbity.
PK8 – szczyt wzniesienia.
O piachu jakoś jeszcze nie wspomniałem, ale nie brakowało go na trasie. Nie wspominałem bo jakoś mi specjalnie nie przeszkadzał. W końcu jak się na co dzień jeździ po Kampinoskim Parku Narodowym to piach zaczyna się traktować jak normalną nawierzchnię :D Ale teraz już pora o nim wspomnieć bo zabrałem do plecaka za mało sił z bazy i zaczęły się problemy. Problemy na tyle duże, że już po chwili nie zauważyłem gdzie pojechał Tomek. Wybrałem jedną z dróg kierując się na azymut. Do Tomka nawet nie dzwoniłem – bez sensu jechać razem gdy siły nie równe. Za mną pojechał kita. Ciężkawo ale dowlekliśmy się w okolice PK. Gdy zaczynałem się zastanawiać w którą dróżkę skręcić z górki zjechał… tomalos z hasłem „Tam nie ma”. Więc znów wspólnie zaliczymy kolejny punkt.
PK3 – Diabla Góra – pomnik.
Nazwa brzmi niepokojąco. Ale nie przyjechaliśmy tu się niepokoić czy też płakać :D tylko zdobywać punkty. Początek prowadzi Tomek, końcówkę prowadzę ja i bez problem podjeżdżamy na górę gdzie punktu pilnuje Wiki. Tym razem Wiki nie jako uczestnik a jako organizator. A swoją drogą ciekawe czemu na górze o takiej nawie akurat Jego postawili ;)
PK1 – gosp. agroturystyczne – lewy brzeg Pilicy.
Pilica. No tak. Nie muszę pisać z której strony rzeki my się znajdujemy? Jakby ktoś jednak sam na to nie wpadł to podpowiem – nie na lewym :D Trasa na ten punkt banalnie prosta – prosto, potem prosto, na następnym skrzyżowaniu prosto. Tuż przed przeprawą mała przerwa na batony. Ja mam już słabszy moment chwilowo za sobą, ale widzę, że Tomek lekko się zmęczył. Tym razem przeprawa wydaje się „sucha” – ledwo do ud, pod koniec poniżej kolan. No i ostatnie dwa metry – znowu pępek ;) mokry. Dojazd do asfaltu przez otwarte bramy gospodarstwa, którego właściciel jest jednym ze sponsorów imprezy. Końcówka szybko na zmiany asfaltem i jesteśmy w bazie.
Tomek stwierdza, że nie zdąży już do 17:00 zbyt wielu punktów zaliczyć, więc kończy udział w zawodach. Dzięki temu wygrywa zawody na trasie krótkiej :) Na drugi etap wybiera się jeszcze , ale już bez odbijania karty, z moim chrześniakiem Igorkiem. Igorek potem mi zdradził, że Tomek strasznie zamulał :D
Na półmetku w bazie spotykamy też Piotrka, zwycięzcę zeszłorocznego BikeOrient i całej zeszłorocznej edycji Pucharu Polski. Trochę zaskoczony tym jestem, ale to znaczy, że mimo słabszej dziś nogi jest przyzwoicie. Analiza mapy i mały problem. Przeprawić się przez Pilicę można albo mostem w Przedborzu albo brodem w okolicach PK19. Kiepsko to wygląda. Jak optymalnie zdobyć PK18? Wymyślam koncepcję dojazdu tam asfaltem od Przedborza – koncepcja w pełni świadoma. Ech, gdybym wtedy otworzył oczy. A właściwie gdybym wtedy choć trochę logicznie pomyślał. Pewnie zasugerowałem się tym że PK12 jest bardziej na wschód od bazy niż PK19 więc „oczywistym” jest że muszę najpierw zaliczyć PK19 a potem PK12.
PK19 – grodzisko.
Kita dalej jedzie ze mną. Pewnie jak się nic nie wydarzy to pojedziemy razem do końca. Z bazy wyjeżdżam z dużym zapałem, ale nogom o tym zapomniałem powiedzieć. Na szczęście za Krzyśkiem przetrzymuję początek. Kita tak się rozpędził, że przy PK musiałem Go powstrzymać żeby nie pojechał za daleko. Punkt umieszczony złośliwie ;) – trzeba się było przedzierać przez krzaczory. Tzn my taki wariant wybraliśmy obchodząc górkę. Jakbyśmy poszli w drugą stronę byłoby bez krzaczorów.
PK12 – skarpa nad Pilicą, koniec przecinki.
Nawigacyjnie bardzo łatwy punkt. Tuż po nas przyjechał Piotr Buciak. Dziwne po raz pierwszy, bo przecież wyjechał z bazy na drugą część przed nami. Stwierdził, że to trzeci Jego punkt. Dziwne po raz drugi – po co jechał na początek na PK6? Jako pewnik przyjąłem że na ten punkt dojeżdża się od PK19. Szkoda, że się wtedy nie zastanowiłem na tym bardziej – przecież Piotrek aż takich głupich błędów na pewno nie robi. Choć nawet jakbym się wtedy połapał jaki błąd zrobiliśmy to i tak już było za późno pewnie.
PK18 – szczyt wzniesienia.
Z punktu ruszamy w czterech. Do Przedborza jedziemy razem. Na rondzie za Pilicą Piotrek skręca w prawo w kierunku PK11. Dziwne po raz trzeci. Przecież to bez sensu – kiedy On chce zrobić PK18? Za nami jedzie kawałek jeszcze jedna osoba, ale gdy się połapała, że to droga na PK18 to zawróciła. Dziwne po raz czwarty. Przecież to bez sensu – kiedy On chce zrobić PK18? Więc już samotnie główną drogę jedziemy, niby szybko, ale mam wrażenia, że to szybko jest bez znaczenia, że to są zbędne kilometry. Coś poszło nie tak. Przeczucie w bazie, że jest problem z PK18 wymagał pewnie jeszcze jednego trzeźwego spojrzenia na mapę. Ale trudno – mleko się rozlało i teraz trzeba już do końca realizować plan. W okolicach punktu porzucamy rowery i pieszo docieramy aby odbić karty.
PK15 – koniec przecinki.
Na PK15 może nie najkrótszą, ale najpewniejszą i pewnie czasowo porównywalną drogą. Prawie bez problemów zdobyty punkt. Głupi błąd 300metrów od PK kosztował nasz 200m przedzierania się przez krzaki. Nie wiem jak to się stało, chyba już ze zmęczenia. Na mapie wszystko było jasne i pora zapamiętać na przyszłość że 100m = 100m a nie że 100m = 300m.
PK13 – dawny szyb solny, koniec ścieżki.
Analiza mapy, wybór optymalnej trasy i jedziemy dalej. Po 800m koniec ścieżki i nie ma drogi, która jest na mapie. Więc na azymut przez las, pole, gospodarstwo. Następny ok. 2,5km odcinek był najgorszy, noga obraziła się na piach i bardziej siłą woli niż siłą mięśni kręciłem. Ale dalej już lekko z górki więc samopoczucie się poprawiło. Na mapie wyglądało pięknie i łatwo. Wszystko się zgadza. Poza jednym – brak punktu. Gdy już pewnie z 20 minut szukamy i dołącza kolejna osoba jeszcze raz analiza mapy. Czy ja napisałem przed chwilą „wszystko się zgadza”? To chochlik redakcyjny – miało być „Nic się nie zgadza”. Leśniczówka nie z tej strony, polana nie z tej strony, ukształtowanie terenu też nie takie, ba nawet strona świata nie ta. Cofam, mijam leśniczówkę po lewej, ukształtowanie też ok., strona świata też ok. Ale co dalej? Dalej kolejne 20minut na łażenie po krzakach i ścieżkach. W końcu się udało – całkiem nie daleko od rowerów. Wrrr, zły na siebie. To maraton na orientację – trzeba czytać mapę a nie jechać tą drogą która jest najładniejsza.
PK17 – kładka na Pilicy.
Na kolejny punkt na szczęście już bez problemów i straty czasu. No chyba że strata czasu to sjesta popołudniowa :D Ścieżka prowadząca nad Pilicę prowadziła między gospodarstwami i była zamknięta szlabanem, ale Kargul i Pawlak rozmawiający przez płot wcale nie byli zaskoczeni kolejnymi brudnymi rowerzystami. Do kładki miałem ograniczone zaufanie. Co prawda ponad 1/4 z moich 120kg to już historia, a i tak jakoś się dziwnie niektóre deski uginały.
PK11 – szczyt wzniesienia.
Jadąc na PK11 w ostatnich chwili zmieniamy drogę ze względu na piach i trafiamy na lepszą ale ślepą :D Przez pola do lasu i wylatujemy tuż przy PK11. Podjazd po trawie i jeszcze tylko 2 punkty i meta.
PK14 – skrzyżowanie przecinki ze strumykiem.
Im bliżej końca tym łatwiejsze te punkty. Ale za to pojawił się większy problem. Prawe kolano. Zaczyna boleć przy mocniejszych naciśnięciach. Asfaltem jedziemy szybko. Pewnie dlatego, że już myślami jesteśmy przy ognisku i jemy kiełbaskę :D Z głównej w las, ścieżka w lewo i lądujemy na punkcie. Trzeba się śpieszyć bo z nami jechał przed chwilą jeszcze jeden zawodnik. Ale chyba trochę pobłądził bo mijaliśmy się już wracając z punktu.
PK16 –dawny kamieniołom piaskowca.
Ostatni punkt to powinna być formalność. W końcu 100m od tego miejsca rano już jechaliśmy. Ręczno, w lewo, las, w prawo, w lewo, punkt, karta zapełniona. Powrót z górki. Na metę wjeżdżamy ok. 19 czyli prawie 10 godzin. Karty oddajemy jednocześnie.
Wygrał Piotrek Buciak przyjeżdżając ok. 1,5h wcześniej. Auć, boli. Na półmetku równo – z tym że my pojechaliśmy krótszą o 10km trasą. Drugą część trasy pojechaliśmy o 10km dłużej od Niego. 10km to 30 minut. A gdzie dodatkowa zgubiona godzina? Czyżby PK13 nam tyle czasu zabrało? Pewnie też, a do tego nie było już z czego kręcić, więc prędkość na drugiej części była niższa.
Nie wiem które miejsce zajęliśmy. Chwilę po naszym przyjeździe ktoś mówił, że już 12 osób z kompletem przyjechało na metę.
Cel po części zrealizowany – wszystkie punkty zaliczone w limicie czasu. Fajna trasa, super przygoda. Miejsce poza zakładaną dziesiątką. Forma dziś nie dopisała, ale na to nie ma co narzekać – 300km na Grassorze może jeszcze dawać się we znaki. Za to na pewno można się czepiać nawigacji – na pierwszym etapie bez zastrzeżeń, drobne błędy typu torfowisko do „łyknięcia”. Za to drugi etap – klapa na samym początku jeszcze w bazie. Może to chęć zbyt szybkiego wyruszenia na trasę? Ale to nie maraton MTB po oznakowanej trasie – trzeba myśleć. No i ten nieszczęsny PK13.
Ale nie ma co narzekać – kolejne punkty PP zdobyte. Każdy błąd na zawodach to kolejne doświadczenie, które pozwoli zminimalizować pomyłki w przyszłości. Zminimalizować a nie wyeliminować :D
Kąpiel, bigos i rozdanie nagród. Nagród dużo, praktycznie każdy coś wylosował lub dostał. Igorek wygrał konkurencję „Najmłodszy zawodnik”. Tradycyjnie już nie daliśmy najmniejszych szans innym w kategorii „Najliczniejszy team”.
Poza nagrodą z losowania, nagrodą za najliczniejszy team dostałem jeszcze nagrodę za relację :D Co prawda nie z BO ale z WaypointRace którą Adam przywiózł mi osobiście.
Zakończenie maratonu, rozdanie nagród. Koniec imprezy i do domu. Nieee. Do domu to po normalnej imprezie. Po BO jeszcze ognisko i pieczenie kiełbaski. Super organizacja – jestem tu drugi raz i już teraz wiem, że za rok też przyjadę.
PS. Skoro tak wychwaliłem imprezę i organizatorów to powinni teraz nagrodzić moją relację ;)
Komentuj
Komentarze
Adam | Wtorek, 30.06.2009 15:11:53 | linkuj
Jechałem, ale były to chyba dla mnie najgorsze zawody od jakiegoś roku. Najgorsze pod względem mojej nawigacji. Tyle wpadek i strat to dawno nie miałem w rezultacie tylko 24. miejsce. Już po pierwszym kiepskim etapie byłem na 18. miejscu. Za to wyjeździłem się, bo żeby się zmieścić w limicie trzeba było mocno zasuwać :)
DMK gratulacje! Widzę, że coraz lepiej sobie radzić w orientacyjnych imprezach.
Ja spróbuję gonić pierwszą dziesiątkę Pucharu Polski na Wielkopolskiej Szybkiej Setce.
DMK gratulacje! Widzę, że coraz lepiej sobie radzić w orientacyjnych imprezach.
Ja spróbuję gonić pierwszą dziesiątkę Pucharu Polski na Wielkopolskiej Szybkiej Setce.
O mnie:
Jestem DMK (Damian) ze wsi Marianów k. Warszawy.
Więcej o mnie.
Statystyki
Wszystkie km: 38209.59
Max dystans: 450,00km
Max wysokość: 1602m npm
Kalendarz
Plan startów na sezon 2010.
pokaż/ukryjLinki
pokaż/ukryjZnajomi
pokaż/ukryj
Archiwum
- 2010, Wrzesień 5.39
- 2010, Sierpień 33.198
- 2010, Lipiec 30.157
- 2010, Czerwiec 32.160
- 2010, Maj 32.177
- 2010, Kwiecień 35.196
- 2010, Marzec 29.117
- 2010, Luty 26.89
- 2010, Styczeń 28.124
- 2009, Grudzień 23.122
- 2009, Listopad 23.40
- 2009, Październik 6.60
- 2009, Wrzesień 21.111
- 2009, Sierpień 25.68
- 2009, Lipiec 15.116
- 2009, Czerwiec 16.88
- 2009, Maj 12.56
- 2009, Kwiecień 15.87
- 2009, Marzec 23.71
- 2009, Luty 18.65
- 2009, Styczeń 5.21
- 2008, Grudzień 16.225
- 2008, Listopad 19.249
- 2008, Październik 17.185
- 2008, Wrzesień 22.222
- 2008, Sierpień 26.282
- 2008, Lipiec 21.201
- 2008, Czerwiec 16.215
- 2008, Maj 27.453
- 2008, Kwiecień 26.492
- 2008, Marzec 21.400
- 2008, Luty 25.184
- 2008, Styczeń 30.140
- 2007, Grudzień 22.47
- 2007, Listopad 16.46
- 2007, Październik 12.60
- 2007, Wrzesień 18.37
- 2007, Sierpień 16.28
- 2007, Lipiec 9.70
- 2007, Czerwiec 19.13
- 2007, Maj 14.9
- 2007, Kwiecień 8.9
- 2007, Marzec 3.10
Kategorie:
Ulubione
Dystanse
Rowery
Zawody
Wyprawy
Zagranica
Województwa
- dolnośląskie
- kujawsko-pomorskie
- lubelskie
- lubuskie
- łódzkie
- małopolskie
- opolskie
- podkarpackie
- podlaskie
- pomorskie
- śląskie
- warmińsko-mazurskie
- wielkopolskie
- zachodniopomorskie









